Ze spraw małych i dużych nic się wielkiego nie dzieje. Skupiam się na sobie i o siebie dbam. I chyba mi się to wszystko należy co dla siebie robię bo w końcu i na "samodbanie" czas przyjść musi. Ogółem, dbając o ciało jak i o ducha, wzięłam się za odchudzanie. 6 kilogramów już za mną i przyznać muszę, że podoba mi się ten "coraz lżejszy stan".
W tym wszystkim mimo mojej nadzwyczajnej mobilizacji i determinacji w kwestii pracy nad sobą nie mogę dojść do porozumienia z moimi emocjami, nerwami itd. Na co dzień dzięki w miarę statecznemu i spokojnemu trybowi życia oraz małym białym kapsułkom przepisanym przez psychiatrę radzę sobie z codziennością. Niestety, osiągany chwiejny stan równowagi jest bardzo "tymczasowy". Najmniejsze problemy, czy niepewności powodują u mnie spadek humoru, poczucia własnej wartości, ustawiczny niepokój, nerwy i rozdrażnienie. Jednym zdaniem można mnie zgasić na kilka godzin. Nie wiem co z tym robić dalej. Chyba sama niewiele mogę. Moja psychoterapeutka przygotowuje dla mnie intensywną terapię po wakacjach. Miejmy nadzieję, że to da mi więcej pomysłów i sposobności by się z samą uporać, uspokoić i skupić na dalszym życiu.
Poza tym tęsknię za Czwartkiem, już coraz mocniej, bo to 2 miesiące jak się nie widzieliśmy prawie. A jeszcze jeden przed nami. Chciałabym, żeby znów był obok, bo mi szaro bez niego i czuję się trochę bezsilna, mniej "pluszowa". Trochę nie ja. Dopada mnie znużenie i zmęczenie takim stanem rzeczy jaki jest teraz. Poczucie niesprawiedliwości i smutku. Łatam się jakoś. Odpoczynkiem, spotkaniami ze znajomymi itp. Jednak to nigdy nie jest to. Namiastkowość wszelaka.
Tyle chyba spostrzeżeń na dziś.
Bywajcie.