poniedziałek, 29 listopada 2010

Lucynka nie lubi zimy... i poniedziałków

Śnieg zacina poziomo i oczywiście wywrotka murowana. Bo człowiek zgięty w pół, żeby mu za kołnierz nie naleciało zimnego, białego puchu i bach! Pupa potłuczona, kolano pokręcone, wstać nie można i cały dzień będzie do d.
Nie chce mi się pracować, najchętniej położyłabym się spać i wcale nie wstawała. Chce weekend jeszcze raz!

Może by tak sobie zrobić dzień wolnego jeśli jutro podpiszę umowę? Ale nie mogę! W środę kolejne telefony do wykonania. Och nie chce mi się nic! Niech by tak firmę zasypało, to bym mogła zostać w domu. Ale nie ma tak dobrze, prędzej mnie zasypie niż firmę.

Dlaczego bankomaty są tak daleko? Powinnam doń pójść, poprosić ładnie co by dał mi jakiś magiczny papierek, za który wszystko można kupić, bo jutro na bilety nichuchu, nie ma! Poszłabym do pubu, wypiła ze trzy piwa, wypaliła paczkę fajek i pogadała z kimś od serca, aktualnie trzy osoby wchodzą w grę, dwie panie i jeden pan. I nie, wcale nie jest to Mój Czwartek. Czwartka mam na co dzień i i tak mu suszę głowę bez przerwy. Niestety jednak na piwo nie mam kasy bo ściana płaczu (bankomat) daleko, fajek nie palę od 3 lat a z tymi co bym chciała pogadać, to ich wcale nie ma w okolicy. Panie na mazurach a pan w Krakowie. I pupa.

Nie lubię zimy... i poniedziałków....

niedziela, 14 listopada 2010

Lucynka wraca z odwiedzin (I say I go)

Byłam w domu, na 4 dni. W czasie których życie nabrało czarno-szarych barw. Wracam do Czwartka, ale czy to jeszcze mój Czwartek? Wszystko się poplątało. Nie mam siły walczyć i czekać na rozwiązanie. Nie mam siły być praktyczna, oszczędna i rozważna. Udałam, moje dłonie całują ziemię, oczy rodzą łzy. Tak wiele łez. Gorzkich, piekących w gardle, ściskających za serce. Nie wiem gdzie mój dom. Już dość moich mąk, dość miotania się w próbach i staraniach, prośbach i poniżeniach.

Zostawiłam za sobą rodzinę, która gotowa jest na każde wyrzeczenie by mi żyło się lepiej. Zostawiłam przyjaciół, którzy ze łzami w oczach stali w drzwiach patrząc jak odchodzę. Zostawiłam spokojną ciszę, ciepło szczęśliwych poranków i odprężających wieczorów. I pęka mi serce, krwawi wszystko w środku, brak mi tchu by pobiec jeszcze dalej.

Nie wiem ile jeszcze moja dusza wytrzyma w tym stanie, rwie się do ucieczki bardziej niż mogę ją utrzymać. Czy jestem już sama?

Z widokiem na myśli moje. Wino i łzy.

Jakie będą dziś moje sny?