poniedziałek, 7 listopada 2011

Lucynka jest elegancka

Pierwsze spotkanie z szefową regionu juz za mną. Nie było strasznie, choć dzień dość kłopotliwy i odczuwam efekty zaniku motywacji. Jak to się dzieje, że tak trudno znaleźć w sobie pozytywy a tak łatwo je stracić? Brakuje mi miłości, czułości i seksu. Cholera, kto by pomyślał, że te nocne westchnienia i uściski tak człowieka mobilizują do dalszego funkcjonowania i zapewniają poczucie własnej wartości i pewności i radości i w ogóle?! A może to tylko tak sie nasila bo mam ogólne braki, bolesne w codzienności braki w przytulaniu, zrozumieniu i wsparciu? Nie wiem. Aktualnie spię. Godzinami i bez przerwy spię o ile tylko mogę. Nie wiem skąd takie zmęczenie. Myśle, że tak bardzo chcę, żeby mi się teraz udało, żeby wreszcie los się odwrócił uśmiechem w moją stronę!

środa, 19 października 2011

Lucynka jest czarownicą

Jak potwierdzają dzisiejsze wyniki RTG jestem czarownicą.... Jak to możliwe ze potwierdza się coś takiego prześwietleniem? Ano, podpowiem jeszcze, że prześwietleniem zębów :D Jak się okazało, zupełnym przypadkiem przy okazji poszukiwań zapalenia dziąsła, mam dodatkowego zęba. A dokładnie rzecz ujmując dodatkową, dolną, prawą piątkę :D Jest dokładnie pod tą której aktualnie używam z powodzeniem. Prościutka i dumna, widoczna jedynie na zdjęciu RTG sobie siedzi i pewnie czeka ją wielka zmiana w życiu, jako że została odkryta. Niemniej jednak okazuje się, że owy dodatkowy ząb jest objawem bycia czarownicą, tak przynajmniej twierdzi babcia. Nie powiem, napawa mnie to ogromną dumą jako, że za czarownicę uważałam się już od pewnego czasu, to teraz mogę się chwalić, iż owy fakt jest potwierdzony badaniami lekarskimi :P

Do tego dodam, że jest to naprawdę wyjątkowe, bo zaledwie 0,22% społeczeństwa to ma a więc dokładnie 22 osoby na 10 tysięcy :D Prócz tego, akurat piątkę to ma ok 13% z tych 22 osób, więc jestem niepowtarzalna naprawdę na dużą skalę :D Aż emanuję wyjątkowością i wspaniałością ;)

Dodatkowo mogę się pochwalić, że wkraczam w wyższe rejony rozwoju wewnętrznego, odkrywam w sobie niepołatane sprawy które skrzętnie oczyszczam i goję w sobie. I czuję się z każdym dniem lepiej, mocniej i silniej. I krzyczę światu, że podbiję go bez mrugnięcia okiem i jeszcze o mnie usłyszą Ci co nie wierzyli, ha!

Od jutra zaczynam część właściwą pracy, a więc zaczyna się dzwonienie, spotkania, pomaganie ludziom no i oczywiście zarabianie pieniędzy. Trzymać kciuków za mój sukces wcale nie trzeba bo jest on nieunikniony :)

Lucynka jest boską czarownicą... mrauuuuuu!

Dźwięk na dziś

czwartek, 13 października 2011

Lucynka jest doskonała

Dziwny dziś dzień w pracy. Człowiek nigdy do końca nie zrozumie drugiego człowieka i mimo najlepszych chęci wychodzi jakiś dziwoląg. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i w skończyło się salwami śmiechu w imię parodii obrońców krzyża. Może to i dobrze tak? Chociaż czuję się trochę zmęczona. Od jutra zaczynam dzwonienie... miałam napisać "brrr" ale nie! Napiszę: To będzie spektakularny sukces!!!

Ogółem dochodzę do wniosku, pospołu z moją szefową, że środkiem do celu jest moja doskonałość. A właściwie to, żebym ją sobie uświadomiła. I nie chodzi tu zupełnie o narcyzm czy próżność. Ale cholera! Jestem zajebista! Dalece powyżej przeciętnej, co w obecnym stanie społecznego ducha można z powodzeniem nazwać doskonałością. Im więcej zaufania powierzę mojej doskonałości tym więcej dobra świat mi przyniesie. I tak myśleć należy!

Ja jestem doskonała taka jaka jestem i zasługuję na wszystko co najlepsze. I teraz tak trzydzieści razy. Codziennie!!! Ręcznie, żeby była energia :)

Sprawa numer dwa to taka sprawa, że muszę wynieść własne zdanie, na mój własny osobisty piedestał! Jestem dorosła i jeżeli mam takie zdanie a nie inne to super! Moje pełne prawo i dogłębna słuszność. Czuję wewnętrzną silną potrzebę bycia niezależną, panią swojego życia i losu, stanowiącą o swoim losie i uczuciach. I tak właśnie będzie. Ale nie... już jest!!! Afirmujemy sukces :)

Trzecia sprawa to taka, że Lucynka potrzebuje odczuwać kontrolę nad swoim życiem, a może raczej uwierzyć, że ją ma. Bo jakoś ja nie wierzę i wpisuję sobie w każdą codzienną sprawę niepowodzenia, smutki itd. A nieprawda. Spotyka mnie to co najlepsze. Radość, szczęście, pieniądze, miłość a powodem tego jest moja własna, niezachwiana doskonałość.

Och kurczę :) To był pean na moją własną cześć i oby więcej!

piątek, 7 października 2011

Lucynka afirmuje sukces

Targa mną ogrom uczuć, mam wrażenie, że każdego dnia zmienia się moja opinia o życiu i świecie. Moje uczucia się zmieniają i nie jestem do końca pewna co do oznacza. Tęsknię za Czwartkiem, nie wiem kiedy się zobaczymy, a mimo wielu drobnych spięć nic nie daje mi takiego poczucia bezpieczeństwa jak jego obecność, nigdy nie zasypiam tak głęboko i smacznie jak wtedy gdy wiem, że on jest obok. A ostatnimi czasy spałabym ciągle. Bez przerwy jestem senna.

Lucynka dostała pracę. Będę agentem ubezpieczeniowym Generali. Egzamin zdany już, czekam na dokumenty i afirmuję swój zawodowy sukces. Robiąc rozpoznanie swoich sukcesów, marzeń i chęci okazało się, że najbardziej blokującą mnie rzeczą w wielu aspektach jest brak odpowiedniej gotówki. Czy to nie przerażające? Człowiek (w tym wypadku ja) naprawdę wiele sobą reprezentuje, a mimo to bez kasy ani rusz. Z drugiej strony skoro mam w sobie i wokół siebie tak wiele, że brakuje mi tylko pieniędzy to i tak szczęściara ze mnie. Tak myślę.

I cały czas powtarzać sobie muszę "wybieram tylko dobre, bo wspierające i budujące myśli". To strasznie trudne, jestem czarnowidzem. Lucynka wciąż obawia się czarnych scenariuszy. Ale codziennie wstaję, robię krótką medytację oddechową a potem afirmuję się na sukces. Robię mapy podprogowe, wizualizacje i afirmujące audio-cuda. Wierzę, że nadaję się do tej pracy i wierzę, że miałam tu trafić. Moja szefowa jest niezwykła. Pasujemy do siebie. Ale wydaje mi się, że potrzebny mi rzeczywisty sukces by prawdziwie poczuć wiatr w żagle.

Zrobiłam projekt mojego wymarzonego biurka, dziadek zatwierdził i gdy nadejdą śniegi zacznie robić mi moje bajkowe stanowisko pracy. Nie mogę się doczekać. Myślę, że wtedy wrócę znów do biżuterii na poważnie. Na razie odbębniam obowiązki i liczę, że wena jeszcze wróci.

Mam niedobory czułości, siedzę całymi dniami sama w pokoju, męcząc jeden serial za drugim i próbuję zagłuszyć tęsknotę. I choć muszę przyznać, że czuję się dużo lepiej i fizycznie i psychicznie to trochę ze mnie schodzi ostatnio powietrze. Czuję, że to tylko ja dbam, jestem i wspieram, a gdy potrzebuję tego samego, to nie ma przy mnie nikogo.

Dziwny to stan. Trzymajcie kciuki by się wyklarował ku lepszemu.

piątek, 1 lipca 2011

Lucynka płacze

Każdego z wytrwałością godną wielkiej sprawy wspinam się po szczeblach codzienności próbując udowodnić sobie i światu jaka jestem silna i wytrwała. Jak odważna. Światu już udowodniłam. Sobie nie umiem. Sama dla siebie jestem ciszą, utkaną z lęku i niepokoju. Milczącym popołudniem, które zmierza ku chłodnemu zachodowi słońca, wieczorowi pełnemu szarawego spokoju. Tylko nie wiem ile tej siły jeszcze we mnie, ile możliwych rozwiązań jeszcze uda mi się wyskubać z moich chorych, przyciężkich myśli? Trochę w to wszystko zwątpiłam, bo przecież brak jakiejkolwiek pewności, że ta walka na coś się zda, że to cokolwiek warte. Że ja jeszcze będę potrafiła zaistnieć w swoim własnym życiu. Boje się życia. Boję się przyszłości.

Nie dam rady.

Adele

środa, 29 czerwca 2011

Lucyna i brak równowagi

Nie wiem jak to się dzieje ale mimo wielu różnych pomysłów i przemyśleń każdego dnia do napisania notki zebrać się nie mogę. Jakoś nie umiem zebrać moich rozczochranych i skołtunionych myśli w logiczny ciąg znaków alfabetu. Ale może dzisiaj uda mi się skonstruować coś co ma ręce i nogi.

Ze spraw małych i dużych nic się wielkiego nie dzieje. Skupiam się na sobie i o siebie dbam. I chyba mi się to wszystko należy co dla siebie robię bo w końcu i na "samodbanie" czas przyjść musi. Ogółem, dbając o ciało jak i o ducha, wzięłam się za odchudzanie. 6 kilogramów już za mną i przyznać muszę, że podoba mi się ten "coraz lżejszy stan".

W tym wszystkim mimo mojej nadzwyczajnej mobilizacji i determinacji w kwestii pracy nad sobą nie mogę dojść do porozumienia z moimi emocjami, nerwami itd. Na co dzień dzięki w miarę statecznemu i spokojnemu trybowi życia oraz małym białym kapsułkom przepisanym przez psychiatrę radzę sobie z codziennością. Niestety, osiągany chwiejny stan równowagi jest bardzo "tymczasowy". Najmniejsze problemy, czy niepewności powodują u mnie spadek humoru, poczucia własnej wartości, ustawiczny niepokój, nerwy i rozdrażnienie. Jednym zdaniem można mnie zgasić na kilka godzin. Nie wiem co z tym robić dalej. Chyba sama niewiele mogę. Moja psychoterapeutka przygotowuje dla mnie intensywną terapię po wakacjach. Miejmy nadzieję, że to da mi więcej pomysłów i sposobności by się z samą uporać, uspokoić i skupić na dalszym życiu.

Poza tym tęsknię za Czwartkiem, już coraz mocniej, bo to 2 miesiące jak się nie widzieliśmy prawie. A jeszcze jeden przed nami. Chciałabym, żeby znów był obok, bo mi szaro bez niego i czuję się trochę bezsilna, mniej "pluszowa". Trochę nie ja. Dopada mnie znużenie i zmęczenie takim stanem rzeczy jaki jest teraz. Poczucie niesprawiedliwości i smutku. Łatam się jakoś. Odpoczynkiem, spotkaniami ze znajomymi itp. Jednak to nigdy nie jest to. Namiastkowość wszelaka.

Tyle chyba spostrzeżeń na dziś.
Bywajcie.

piątek, 20 maja 2011

Lucynka nadrabia

NOTKA NAPISANA 16.05.2011 r.

Ostatnio nachodzi mnie dużo przemyśleń, ale jakoś to umyka w codzienności. Nie mam czasu pisać na blogu, nie mam czasu robić biżuterię. Na nić właściwie nie mam czasu. Nie ma mnie w domu po 10 godzin na dobę, albo i więcej. Dodatkowo 2 razy w tygodniu biegam na 2h na siłownię i już w ogóle nie mam czasu. W weekendy ciągle jest coś do roboty, tak jak w ten gdy pojechałam z babcią pomagać jej na działce, mam wrażenie, że ciągle tylko gdzieś biegam. Jednak mimo tego wszystkiego ogólnie czuję się lepiej. Jestem spokojniejsza i bardziej radosna. Nie jest może tak, że chodzę uśmiechnięta, ale jest lepiej.
Majówka upłynęła mi bardzo romantycznie i leniwie - z Czwartkiem w domku na działce. Dużo czułości i ciepła zdecydowanie poprawiło mi nastrój, a stęskniony Czwartek to naprawdę fantastycznie stworzenie i obcuje się z nim podwójnie przyjemnie. Oby kolejny urlop z Czwartkiem nadszedł jak najszybciej.
Ogólnie i oficjalnie Czwartek chce się przenieść do Olsztyna, do mnie i przyznam szczerze, że jak o tym myślę, że to ma szanse się udać to aż piszczę z radości. Póki co jeszcze dużo załatwiania by w ogóle mówić o faktycznych przygotowaniach. Tęsknię, jeśli to tak można nazwać, za naszym wspólnym, dorosłym i własnym życiem. Nawet mimo tego, że po prawdzie to go nigdy w pełni nie doświadczyliśmy jeszcze. Ale staram się wierzyć, że to wszystko jeszcze przed nami.
Czuję się znów zakochana. Z taką tęsknotą i porywami serca, trzepotaniem w sercu takiego niezwykłego poczucia łaknienia i potrzeby niezaspokojonej. Choć to czasem trochę bolesne to dzięki temu znów zaczynam czuć, że żyję, że coś we mnie jeszcze bije, jeszcze istnieje. Bo dotychczas miałam wrażenie, że jestem chodzącą pustką, pogrążona w żałobie po własnych marzeniach. Dzisiaj trochę się z tym zbieram do życia.
Na razie to we mnie drzemie jakieś takie zawieszenie. Nie planuję niczego na dalej niż 2 tyg do przodu. Bywam trochę umęczona. Mało mam siły na rodzinę i znajomych, bardziej cieszę się z samotności. Dziwne to. Tak za wszystkimi tęskniłam, a teraz jestem zbyt przybita by mieć siłę i ochotę na tyle spotkań co kiedyś. Może to dlatego, że wciąż się ktoś o coś pyta, a u mnie się po prostu nic nie zmienia, nic nie dzieje i ja sobie tak trwam. W tym dziwnym stanie zawieszenia.

sobota, 12 marca 2011

Lucynka po drugiej stronie monitora

Kiedy nasze życie staje się szare, zupełnie nie takie jak oczekiwalismy zaczynamy w nim szukać prostych radości, które pozwolą nam znów afirmować życie tak, by toczyło się po naszej myśli. Spotykamy wówczas ludzi, którzy pomagają nam swoją wrażliwością i dobrym sercem dostrzec to co w życiu dobre, piękne i warte przeżywania. Jednak w sytuacji gdy mają tak znamienitą rolę do odegrania, w naszym odnajdywaniu się w szarości życia, stają się ideałami, stają się wyniesionymi nieświadomie półbogami naszej poszarzałej rzeczywistości. Jednak przychodzi taki moment, gdy sytuacja zmienia się, zmienia się nasze spojrzenie i nagle nasi półbogowie robią rzeczy zupełnie nieboskie, raczej przyziemne i próżne. Nasze ideały staczają się w dolinę rozczarowania i poczucia straty, by po chwili doznać objawienia: choć nam się wydawało, że co boskie jest z jednej i drugiej strony, to tak naprawdę, jesteśmy takim samym wypełniaczem pewnej luki w życiu czy to wewnętrznym, czy towarzyskim i czy nawet służbowym. Wtedy właśnie szarość i pospolitość życia dotyka nas najbardziej. Wtedy wiemy, że nie jesteśmy i nie byliśmy nikim prawdziwie wyjątkowym. A piękno słów czy obietnic staje się pospolitym środkiem na uzyskanie wymiernych korzyści.

Tyle wniosków na sobotę.

czwartek, 10 marca 2011

Lucynka jest niema

Długo się zbierałam do tego posta i nadal nie umiem dokładnie stwierdzić czy napiszę to co bym chciała napisać. Przerwa 1,5 miesiąc w notkach, a wcale tego nie czuję. Czuję tylko zawieszenie w czasoprzestrzeni, takie smutne i bezsilne zawieszenie.

Jestem znów w domu rodzinnym, od 18 lutego. Czyli jutro minie trzy tygodnie. Mój wyjazd z Łodzi był bardzo nieprzyjemny, nie obył się bez wielu stresów, przykrości i żalu. Jechaliśmy na szybko, w zawiei śnieżnej, w nocy, modląc się by dojechać w jednym kawałku. Dojechaliśmy. Tata nie powiedział słowa, że musiał pokonać tę trasę w jeden dzień. Był cudownie wyrozumiały. Najważniejsze co tu jest, to poczucie bezpieczeństwa. Już nie boję się wracać do domu. Już się tak nie męczę z każdą czynnością, bo nie ma miejsca, bo nie działa, bo nie wolno, bo.... Ale nie jest wcale lekko. Nie jest nawet w połowie tak dobrze, jak liczyłam, że będzie.

W kwestii planów na przyszłość Czwartek milczy, staram się nie dopytywać, nie drążyć, nie wywierać presji. To jego decyzja i to bardzo bolesna decyzja. Staram się wierzyć, że będzie dobrze choć myśl o tym co być może napawa mnie panicznym przerażeniem, bólem i brakiem tchu. Staram się skupić na małych rzeczach. Na razie usilnie poszukuję pracy, której oczywiście nie ma. No chyba, że bym chciała pracować w telemarketingu lub być przedstawicielem handlowym, czyli robić dokładnie to co robiłam w Łodzi. A tego bardzo bardzo nie chcę robić.

Czuję, że się skończyłam. Że to co piękne i mądre we mnie było, teraz jest skrawkiem spalonej kartki, wciśniętym gdzieś w kątek mojej duży, zapłakane, opuszczona i nieważne. To co w sobie ceniłam i pielęgnowałam, to co uważałam za wartościowe, opadło i zwiędło, jak niepodlewane kwiaty. Moja dusza nie ma słońca. Nie czuje zapału do niczego, nawet do robienia biżuterii. Czuje tylko przeraźliwą presję i pustkę.

W domu czuję się mocno nie na miejscu. Choć staram się w drobnych rzeczach nie być uciążliwą, macocha jest żywo niezadowolona z mojej obecności, każde potkniecie jest wyniesione do wielkich rozmiarów. Nie ułatwia mi to niczego. Czuję beznadzieję przed sobą, czuję bezużyteczność mojej osoby i lęk przed każdą odpowiedzialnością. Mam ochotę zniknąć.

Moje życie jest w czarnym, smutnym punkcie i na dziś nie widzę niczego co dobre przede mną, cokolwiek, na co mogłabym się cieszyć, jest odległe, nieosiągalne i nieuchwytne.

Staram się budzić, każdego dnia.

czwartek, 27 stycznia 2011

niedziela, 23 stycznia 2011

piątek, 21 stycznia 2011

Lucynka sprawdza czy istnieje

Tyle mi się nazbierało różnych przemyśleń, a czasu na spisanie jak nie było tak nie ma. Strasznie dużo pracy się zrobiło, już nie wiem gdzie zostały resztki mnie, ciągle tylko: Witam serdecznie, nazywam się..... i chciałabym państwu zaproponować współpracę.... i tak 50 razy dziennie. A i tak duża część z tych ludzi jest nieprzyjemna, niechętna i chamska. Ciekawa jestem czy oni myślą, że mi to wieczne proponowanie czegoś sprawia przyjemność??

Znów spadł śnieg, nie lubię tego. Jest chłodno i ślisko i trzeba uważać przy każdym kroku. A drzwi w tramwajach są dziurawe i ciągle wieje jak jadę do pracy. Kiedy jest taka pogoda mój zapał do pracy gaśnie z każdą chwilą. 13 bonów podpisanych, 9 do końca. A czas płynie strasznie szybko i robi się coraz później. Mam nadzieję, że się wyrobię do 10 lutego. Chciałabym bardzo. Bo w domu coraz gorzej, czuć coraz większe napięcie i niechęć do czegokolwiek. Zamknięci w pokoiku 5m kwadratowych spędzamy popołudnia gadając i jedząc Pomelo Miodowe.

Byłam ostatnio w Centrum Leczenia Naturalnego i panie mi powiedziały, że powinnam sobie zrobić testy na obecność w układzie pokarmowym grzybów, pasożytów i wirusów bo to może być główna przyczyna tego, że tak potwornie ciężko mi schudnąć za to tyję od samego patrzenia na etykietę. Tutaj, metodą bezinwazyjną kosztuje to 150 zł, więc niemało a jak doliczyć do tego terapię, która ma na celu usunięcie tylko grzybów, pasożytów i wirusów robi się jeszcze ciekawiej. Ale jak znajdę pracę w Olsztynie to poszukam takiego badania w okolicy. Jestem zdeterminowana schudnąć do wagi jaką miałam w wakacje 3,5 roku temu. Ładna byłam wtedy... A teraz? Teraz wolę nie patrzeć w lustro. Staram się jeść tak jak powinnam, czyli dużo warzyw, owoców, chudego mięsa i nabiału. Co ciekawe finansowo nie wyszło tak źle, bo Czwartek nie lubi takiego jedzenia więc nie je w ogóle. Ewentualnie zapycha się pieczywem i zupkami chińskimi. Jego sprawa. Robię zakupy w weekend, raz w tygodniu, wydaje 150 zł plus świeże warzywa i owoce w tygodniu i jest ok. Co uważam motywujące mam poczucie winy, okropne poczucie winy jak zjem coś czego mi nie wolno, np wczoraj małą kromkę żytniego chleba po 21... jestem okropna, więcej tego nie zrobię. Nie mogłam spać w nocy potem bo mi się śniło jaki jestem spaślak i jak mi te kalorie idą w boczki. Już nie będę więcej.

Jest jedna mała rzecz, na którą się naprawdę cieszę. Bo powrót do domu ma swoje zarówno dobre jak i złe strony. A więc co mnie tak cieszy? Ano to, że za 2, maksymalnie 3 tygodnie przyjedzie Sandro, na cały weekend i nareszcie będziemy mogli się nagadać do upadłego, o wszystkim wszystkim wszystkim. Sandro to jest taki ktoś kto mi się wydaje ostatnio nadawać dokładnie na moich falach, a ja wyjątkowo potrzebuję tak porozmawiać w kompatybilnej częstotliwości. I to jest takie małe coś co się do mnie uśmiecha jak wstaję rano i idę do tej cholernej pracy.

Co do wniosków ogólno-rozwojowych to wkurza mnie gówniana sprawa - mianowicie, nie wiem czy tak to wygląda we wszystkich miastach, ale w Łodzi po roztopach poruszanie się po chodniku było jak próba przebrnięcia przez pole minowe. Jedna psia kupa na drugiej. Po prostu zatrzęsienie! Ja rozumiem, że ciepłe psie guano szybko wtapia się w zimny śnieg i nie widać, ale bez przesady! Ludzie. Przecież potem chodzicie po gównach własnych czworonogów. Sprzątnięcie zajmie pół minuty! Jak wam pies narobi na dywan w pokoju to też zostawiacie? Masakra jakaś.

A w ogóle, to ja nie powiedziałam o czymś najważniejszym, bo kto mnie osobiście nie zna to nie wie. Niestety po wielu przemyśleniach próbach itd zdecydowałam się wrócić od lutego do Olsztynka. A potem, znaleźć pracę w Olsztynie i tam sobie coś wynająć. Nie mówię, że to koniec między mną a Czwartkiem bo tak nie jest. Ale On potrzebuje czasu, żeby swoje sprawy ułożyć i faktycznie przygotować do naszego, czwartkowego życia, gdziekolwiek miałoby się ono toczyć. Jestem dobrej myśli i wierzę, że to tylko tymczasowa rozłąka, która w konsekwencji zaowocuje naprawdę satysfakcjonującym naszym życiem razem.

Poza tym jeszcze mała piosenka, która ostatnio wciąż mi chodzi po glowie, oto ona --> piosenka

wtorek, 4 stycznia 2011

Lucynka podsumowuje

Lucynkowe święta były ciężkie. Umarł dziadek, czego się nikt nie spodziewał. To znaczy wiadomo było, że dziadek bardzo choruje, ale nikt nie podejrzewał, że umrze tak szybko. Tak więc mój czas, który miał być odpoczynkiem, radością ze spotkania z rodziną i przyjaciółmi, a w końcu możliwością naładowania akumulatorów stał się koszmarnie smutny, przygnębiający i cichy.

Lucynka jednak zgodnie z obietnicą daną samej sobie jeszcze w połowie grudnia dużo myślała. Myślała i rozmawiała, radziła się i szukała rozwiązania. W końcu podjęła decyzję, ale o niej opowiem innego dnia bo dzisiaj nie jest dobry moment.

W niedzielę wróciłam do Łodzi, w pociągach tłoczno, duszno i hałaśliwie. Jak to w polskiej kolei bywa, albo nie grzeją w ogóle, albo grzeją za mocno. Tak więc podróż z Olsztyna do Warszawy spędziłam ukropie, w towarzystwie 7 innych osób, którzy także się gotowali w przedziale. Niestety pan obok mnie wyznawał zasadę "Częste mycie skraca życie", a nawet poszedł o krok dalej wypowiadając stanowcze NIE wszelkim dezodorantom, a tym antyperspiracyjnym w szczególności. Lekko nie było, ale grunt że siedziałam, po 4 godziny na stojąco to nie jest sposób w jaki chciałabym spędzić niedzielę. Niestety w pociągu do Łodzi nie było już tak kolorowo... 1,5 godziny stania w ścisku dało się we znaki mojemu kręgosłupowi, także moralnemu. Ale najważniejsze, że dojechałam bo obawiam się że nie wszystkim się to w niedzielę udało.

Łódź zastałam w lekkiej odwilży, tak samo szarą i przygnębiającą jak dotychczas. Mieszkanie nie powiem, sprzątnięte, obiad zrobiony, Czwartek ogolony a i noc nie powiem, całkiem upojna. Jednak zupełnie mnie to nie podniosło na duchu, a jedynie uczyniło powrót mniej smętnym. Powrót do pracy już nie był tak łatwy. Dużo pracy przede mną, a chęci ni widu ni słychu. Staram się ufać przekonaniu, że najnowszy projekt współpracy strategicznej pozwoli mi zamknąć grudniowe niedociągnięcia i niedopracowania i skupić się na zadaniach zaplanowanych na grudzień. I oby tak było. Trzymajcie kciuki.

Mój drogi Braciszek Sandro zapowiedział swoją wizytę w Łodzi w okolicach 10 lutego co mnie niezmiernie ucieszyło i dało kolejny mały powód by budzić się rano z nieco mniej skrzywioną miną.

Poza tym wszystkim, cichnę. Cichutko mi w środku, nieporadnie i smętkowo. Staram się skupiać na pragmatyce codziennych czynności, na zdrowym jedzeniu i odbębnieniu pracy. Dziś np w pracy zjadłam sobie tuńczyka, jajka 2 i pomidorka. A na deser jabłuszko. I jakoś mi tak milej na duchu ze świadomością, że coś dobrego tym posiłkiem dla siebie zrobiłam. I tak, zaciskając zęby szukam w codzienności dobrych rzeczy - kupiłam sobie wczoraj migawkę (to bilet miesięczny na komunikację miejską, tak się w Łodzi nazywa) i już nie będę musiała się martwić o bilety, że dłużej jadę niż na bilecie napisali, bo korki, mrozy i remont. Sobie wsiadam i jadę gdzie chcę. Takie to małe coś, a jakoś też ułatwia. I tak szukam tych małych prozaicznych światełek. Jak będzie dalej się zobaczy.

Na razie to chyba powinnam wrócić do pracy i zaprzyjaźnić się z telefonem, bo dziś jesteśmy trochę na bakier, a klienci czekają...