sobota, 12 marca 2011

Lucynka po drugiej stronie monitora

Kiedy nasze życie staje się szare, zupełnie nie takie jak oczekiwalismy zaczynamy w nim szukać prostych radości, które pozwolą nam znów afirmować życie tak, by toczyło się po naszej myśli. Spotykamy wówczas ludzi, którzy pomagają nam swoją wrażliwością i dobrym sercem dostrzec to co w życiu dobre, piękne i warte przeżywania. Jednak w sytuacji gdy mają tak znamienitą rolę do odegrania, w naszym odnajdywaniu się w szarości życia, stają się ideałami, stają się wyniesionymi nieświadomie półbogami naszej poszarzałej rzeczywistości. Jednak przychodzi taki moment, gdy sytuacja zmienia się, zmienia się nasze spojrzenie i nagle nasi półbogowie robią rzeczy zupełnie nieboskie, raczej przyziemne i próżne. Nasze ideały staczają się w dolinę rozczarowania i poczucia straty, by po chwili doznać objawienia: choć nam się wydawało, że co boskie jest z jednej i drugiej strony, to tak naprawdę, jesteśmy takim samym wypełniaczem pewnej luki w życiu czy to wewnętrznym, czy towarzyskim i czy nawet służbowym. Wtedy właśnie szarość i pospolitość życia dotyka nas najbardziej. Wtedy wiemy, że nie jesteśmy i nie byliśmy nikim prawdziwie wyjątkowym. A piękno słów czy obietnic staje się pospolitym środkiem na uzyskanie wymiernych korzyści.

Tyle wniosków na sobotę.

czwartek, 10 marca 2011

Lucynka jest niema

Długo się zbierałam do tego posta i nadal nie umiem dokładnie stwierdzić czy napiszę to co bym chciała napisać. Przerwa 1,5 miesiąc w notkach, a wcale tego nie czuję. Czuję tylko zawieszenie w czasoprzestrzeni, takie smutne i bezsilne zawieszenie.

Jestem znów w domu rodzinnym, od 18 lutego. Czyli jutro minie trzy tygodnie. Mój wyjazd z Łodzi był bardzo nieprzyjemny, nie obył się bez wielu stresów, przykrości i żalu. Jechaliśmy na szybko, w zawiei śnieżnej, w nocy, modląc się by dojechać w jednym kawałku. Dojechaliśmy. Tata nie powiedział słowa, że musiał pokonać tę trasę w jeden dzień. Był cudownie wyrozumiały. Najważniejsze co tu jest, to poczucie bezpieczeństwa. Już nie boję się wracać do domu. Już się tak nie męczę z każdą czynnością, bo nie ma miejsca, bo nie działa, bo nie wolno, bo.... Ale nie jest wcale lekko. Nie jest nawet w połowie tak dobrze, jak liczyłam, że będzie.

W kwestii planów na przyszłość Czwartek milczy, staram się nie dopytywać, nie drążyć, nie wywierać presji. To jego decyzja i to bardzo bolesna decyzja. Staram się wierzyć, że będzie dobrze choć myśl o tym co być może napawa mnie panicznym przerażeniem, bólem i brakiem tchu. Staram się skupić na małych rzeczach. Na razie usilnie poszukuję pracy, której oczywiście nie ma. No chyba, że bym chciała pracować w telemarketingu lub być przedstawicielem handlowym, czyli robić dokładnie to co robiłam w Łodzi. A tego bardzo bardzo nie chcę robić.

Czuję, że się skończyłam. Że to co piękne i mądre we mnie było, teraz jest skrawkiem spalonej kartki, wciśniętym gdzieś w kątek mojej duży, zapłakane, opuszczona i nieważne. To co w sobie ceniłam i pielęgnowałam, to co uważałam za wartościowe, opadło i zwiędło, jak niepodlewane kwiaty. Moja dusza nie ma słońca. Nie czuje zapału do niczego, nawet do robienia biżuterii. Czuje tylko przeraźliwą presję i pustkę.

W domu czuję się mocno nie na miejscu. Choć staram się w drobnych rzeczach nie być uciążliwą, macocha jest żywo niezadowolona z mojej obecności, każde potkniecie jest wyniesione do wielkich rozmiarów. Nie ułatwia mi to niczego. Czuję beznadzieję przed sobą, czuję bezużyteczność mojej osoby i lęk przed każdą odpowiedzialnością. Mam ochotę zniknąć.

Moje życie jest w czarnym, smutnym punkcie i na dziś nie widzę niczego co dobre przede mną, cokolwiek, na co mogłabym się cieszyć, jest odległe, nieosiągalne i nieuchwytne.

Staram się budzić, każdego dnia.