wtorek, 21 grudnia 2010
Lucynka marnieje
Zacinam się w sobie, czuję jak ucieka ze mnie życie, jak beznadzieja rujnuje moje najlepsze chęci, największe wysiłki. I wszystko co można by uznać za pozytywne traci na wartości, obumiera, staje się szare i bolesne. Moje odważne życie przykrywa warstwa zawodu i znużenia. Czas zatrzymał moje serce i trwam bez tętna wpatrzona w uciekające w oddali moje marzenia i nadzieje.
Wydawało mi się, że z kimś zawarłam umowę, że coś udało mi się zmienić, ugrać. Nic... w pechu i smutku trwam. Czuję jak samotnieje moje zapłakane serce. Nie mam już sił, nie znajduję ukojenia w żadnym działaniu poza snem. A i to tylko czasem, wtedy gdy koszmarny sen nie budzi mnie w przerażeniu.
Czy znajdę jeszcze szczęście? Czy coś jeszcze na mnie czeka?
sobota, 11 grudnia 2010
Lucynka lubi muzykę
Siedzi we mnie milion myśli i ostatnio bardzo mocno pracuję nad tym by się z nimi godzić, by się uczyć je rozumieć i je akceptować. Jednak moje myśli moje uczucia stawiają mnie w naprawdę nieprzyjemnym położeniu. Oddalam się od siebie, oddalm się od znanych mi miejsc w mojej głowie, bezpiecznych planów i pomysłów.
Bije mi serce na opuszkach palców i tymi bijącymi palcami próbuję się napisać, się zrozumieć....
piątek, 3 grudnia 2010
Lucynka rozmawia z szefową
Dni zaczynają być coraz bardziej zimne, senne i nieprzyjazne. Chciałabym się zakopać w miękkiej pachnącej pościeli, usnąć i śnić o czymś wyjątkowo pięknym. Jestem znużona życiem, stęskniona za rodziną i nie mam perspektyw, żeby było lepiej. Nie wiem jak można to pogodzić, niewyobrażalna jest dla mnie ta odległość, ten czas który jest mi przypisany tutaj. Dzień za dniem płynie i wydaje mi się, że mój zapał powoli zaczyna opadać.
W pracy nic się nie dzieje, od wczoraj nie ma internetu i w konsekwencji nikt nic nie robi, bo bazy danych w internecie, przelewów nie można robić, słowem – nic się nie dzieje. Siedzimy. Tak więc wybrałyśmy się z koleżanką z pracy do galerii handlowej, niestety nie wyszło mi to na zdrowie. Kolano zostało przeciążone i znów jest lekko hybotliwe.
Niemniej jednak popłudnie minęło całkiem przyjemnie, oglądaliśmy z Czwartkiem kabarety i zaśmiewaliśmy się do łez. Tekstem wieczoru okazał się krótki dialog:
- Pokochasz się ze mną?
- No mogę.
- Fajnie!
- A o której godzinie?
Zaśmiewałam się z tego jak nienormalna, choć początkowo wyszło zupełnie naturalnie. Ale cóż to człowieka rozśmieszy to nigdy nic nie wiadomo.
Właśnie miałam rozmowę z szefową, podpisujemy z umowę na grudzień. Niestety mamy nowy plan biznesowy – podpisać 16 umów na bony w ciagu 3 tygodni. Jest to niewykonalne niemal. Kto tego nie zrobi prawdopodobnie wyleci z pracy. Nie wiem jak to będzie. W święta prawpodobnie będę pracować, więc jeśli w ogóle pojadę do domu to prawdpodobnie jedynie na weekend. Jest mi źle, potwornie smutno i czuję, że nie podołam. Moje koleżanki w pracy mają wsparcie bogatych rodziców, bogatych partnerów, a ja się próbuję rozliczyć z każdej złotówki, nie kupuję sobie nic, zastanawiam się nad kupnem szamponu za 7 zł, bo pewnie za drogi, mogłabym tańszy i tak dalej. Odżywiam się jak świniak bo nie stać mnie na kupno codziennie warzyw, świeżego, chudego mięsa ito. Czuję się, źle w tym życiu, w tym ciele, w tym miejscu. Moje wymarzone, piękne i romantycznie wyobrażenie o życiu w Łodzi z Czwartkiem, jest szare, smutne i niesatysfakcjonujące. Gdzie moje szczęście na które czekałam 4 lata? Rozpłynęło się jak jesienna mgła.
Z powodu kolana wyprawa gdziekolwiek jest wielkim problemem bo przezorna, nauczona poniedziałkowym wypadkiem idę w wielkim skupieniu i napięciu, a gdy dochodzę na miejsce przeznaczenia zmęczona i zdenerwowana boli mnie z napięcia każdy mięsień, bolą mnie ręce i plecy. Boli mnie wreszcie dusza. Gdzie mój potencjał? Gdzie sny o wielkości? Jestem samotnie dryfującą krą na morzu moich marzeń i ambicji. I żadnej z nich nie mogę dosięgnąć.