Zaczynam się zaplątywać w czarne scenariusze. Choć moja dusza ufa chyba, że będzie dobrze. Moje ciało do spółki z umysłem jednak nie chce być takie ufne. Śni mi się, że nie mogę spać. Potem okazuje się, że to mi się wcale nie śni.
Kończę pisać magisterkę. Zaznaczam kolejne strony zmęczeniem na powiekach i piszę dalej. Czekam na święta, będą już za 2 tygodnie. Łapię się tego myślami jak krawędzi nieba i wiszę. Bujam się między skrajnościami i wściekam na Niego o każdy drobiazg, katując się rozpaczą i poczuciem odrzucenia.
Tłumaczę sama sobie i przypominam, że przecież mam takie szczęście, ze On jest mój.
A potem zasypiam z uśmiechem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz