wtorek, 4 stycznia 2011

Lucynka podsumowuje

Lucynkowe święta były ciężkie. Umarł dziadek, czego się nikt nie spodziewał. To znaczy wiadomo było, że dziadek bardzo choruje, ale nikt nie podejrzewał, że umrze tak szybko. Tak więc mój czas, który miał być odpoczynkiem, radością ze spotkania z rodziną i przyjaciółmi, a w końcu możliwością naładowania akumulatorów stał się koszmarnie smutny, przygnębiający i cichy.

Lucynka jednak zgodnie z obietnicą daną samej sobie jeszcze w połowie grudnia dużo myślała. Myślała i rozmawiała, radziła się i szukała rozwiązania. W końcu podjęła decyzję, ale o niej opowiem innego dnia bo dzisiaj nie jest dobry moment.

W niedzielę wróciłam do Łodzi, w pociągach tłoczno, duszno i hałaśliwie. Jak to w polskiej kolei bywa, albo nie grzeją w ogóle, albo grzeją za mocno. Tak więc podróż z Olsztyna do Warszawy spędziłam ukropie, w towarzystwie 7 innych osób, którzy także się gotowali w przedziale. Niestety pan obok mnie wyznawał zasadę "Częste mycie skraca życie", a nawet poszedł o krok dalej wypowiadając stanowcze NIE wszelkim dezodorantom, a tym antyperspiracyjnym w szczególności. Lekko nie było, ale grunt że siedziałam, po 4 godziny na stojąco to nie jest sposób w jaki chciałabym spędzić niedzielę. Niestety w pociągu do Łodzi nie było już tak kolorowo... 1,5 godziny stania w ścisku dało się we znaki mojemu kręgosłupowi, także moralnemu. Ale najważniejsze, że dojechałam bo obawiam się że nie wszystkim się to w niedzielę udało.

Łódź zastałam w lekkiej odwilży, tak samo szarą i przygnębiającą jak dotychczas. Mieszkanie nie powiem, sprzątnięte, obiad zrobiony, Czwartek ogolony a i noc nie powiem, całkiem upojna. Jednak zupełnie mnie to nie podniosło na duchu, a jedynie uczyniło powrót mniej smętnym. Powrót do pracy już nie był tak łatwy. Dużo pracy przede mną, a chęci ni widu ni słychu. Staram się ufać przekonaniu, że najnowszy projekt współpracy strategicznej pozwoli mi zamknąć grudniowe niedociągnięcia i niedopracowania i skupić się na zadaniach zaplanowanych na grudzień. I oby tak było. Trzymajcie kciuki.

Mój drogi Braciszek Sandro zapowiedział swoją wizytę w Łodzi w okolicach 10 lutego co mnie niezmiernie ucieszyło i dało kolejny mały powód by budzić się rano z nieco mniej skrzywioną miną.

Poza tym wszystkim, cichnę. Cichutko mi w środku, nieporadnie i smętkowo. Staram się skupiać na pragmatyce codziennych czynności, na zdrowym jedzeniu i odbębnieniu pracy. Dziś np w pracy zjadłam sobie tuńczyka, jajka 2 i pomidorka. A na deser jabłuszko. I jakoś mi tak milej na duchu ze świadomością, że coś dobrego tym posiłkiem dla siebie zrobiłam. I tak, zaciskając zęby szukam w codzienności dobrych rzeczy - kupiłam sobie wczoraj migawkę (to bilet miesięczny na komunikację miejską, tak się w Łodzi nazywa) i już nie będę musiała się martwić o bilety, że dłużej jadę niż na bilecie napisali, bo korki, mrozy i remont. Sobie wsiadam i jadę gdzie chcę. Takie to małe coś, a jakoś też ułatwia. I tak szukam tych małych prozaicznych światełek. Jak będzie dalej się zobaczy.

Na razie to chyba powinnam wrócić do pracy i zaprzyjaźnić się z telefonem, bo dziś jesteśmy trochę na bakier, a klienci czekają...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz